Google może mi ciągnąć druta.

Zarobki

Czasy, w których Google mógł szpanować hamakami w biurze, darmowym jedzeniem i zrelaksowanym dress codem, bezpowrotnie minęły. Nikt się nie będzie wygłupiał tylko dla jakiegoś wpisu w CV. Trzeba płacić.

Aktualnie nawet nie czytam ofert za mniej niż 20-21 tysięcy złotych brutto na umowie o pracę w Polsce. Tylko taka kwota pozwala mi zabezpieczyć paliwo do klimatyzatora w penthousie, oryginalne części zamienne do samochodu, odpowiednio drogi alkohol i steka w każdy czwartek. Nie przeprowadzę się do jakiegoś capiącego smołą Londynu po to, żeby dojeżdżać do pracy metrem, mieszkać z obcymi i gotować samemu. Zatem oferty poniżej 100 tysięcy funtów rocznie również pomijam milczeniem.

Ostatnio już nawet nie dzwonią w sprawie pracy za granicą, otworzyli jakiś projekt w WARSZAWIE i myślą, że znajdą tam kogoś za 8-12 tysięcy. Śmiech na sali. Oczywiście wymagania rekrutacyjne nadal są wysokie, przy czym tyle samo dostanie lesbijka-mulatka po PJWSP ze stypendium Anity Borg, bo nie jest cis-seksualna. Dramat.

Projekty

Wszyscy mi mówią, że w Goolagu się nie utrzymuje starego kodu, "Happy debugging, bitches". Innowacja, nowe technologie, 90% roboty to klepanie byle czego, byle do przodu. Powstają rzeczy takie jak Google Wave, które dłużej są w stanie invite-only beta niż faktycznie na rynku, bo się je porzuca po chwili. Masz jakieś pasje, preferencje? Zapomnij, w Goolagu masz robić to, co ci się każe, dostajesz przecież 20% na swoje hobby.

Kiedyś faktycznie było tam coś interesującego, te modele Markova, PageRank, odwieczne pytanie "jak olbrzymie łącza ma Youtube?". Dzisiaj rozwiązują problemy typu "jak na szybko zrobić konkurencję dla Messengera i Snapchata równocześnie i wykraść kawałek tortu" i wypuszczają na rynek Allo i Duo, z których jeden pewnie nie doczeka do nowego roku.

A wyszukiwarka? Też dramat. Kiedyś to było narzędzie bogów, można było znajdować tym rzeczy, których oficjalnie nie było w internecie. Dzisiaj nawet torrenty filtrują, bo interesy hollywoodczyków. Każde zapytanie algorytm najpierw poprawia i dopiero potem znajduje wyniki, trzeba jakichś cudzysłowiów używać. A spróbuj zrobić wrapper...

Kultura korporacyjna

Moim zdaniem głównym kryterium doboru jest autyzm. Wymagana lekka fobia społeczna, brak odwagi w realizacji swoich pasji, duża szansa że dasz się urobić na korpo-ludka w śmiesznym t-shircie, który odczuwa bezpłodny orgazm na dźwięk melodyjki z Mario. Potulny, słucha poleceń szefa, integruje się zgodnie z zasadami Huxleya.

Gdzieś w 2013 napisał do mnie ich rekruter, że często dobrego kandydata przyjmują dopiero za 10 razem i że zadzwoni do mnie w środę o 18:00, żeby pogadać o kolejnej posadce w Irlandii. Nie poszedłem z kolegami na piwo, wróciłem do domu, pozamykałem okna, podładowałem telefon, czekałem do 19:00, a tu żadnego telefonu. Zapomniał. Spytałem prymusa z roku, co to się dostał do Googla, czy często im się zdarza taki fuckup za bramami, skoro już na froncie widać. Odpowiedział, że skoro mam pretensje i domagam się szacunku od rekrutera, to "może w takim razie NSN faktycznie będzie lepszym culture fitem".

Późniejsze rozmowy były jeszcze lepsze. Inżynier uber alles nieznający angielskiego, wydzierający się na mnie podczas interview i uprzejma paniunia-koordynator z tekstem "to nic, że się rozłączyłeś w połowie i żądasz powtórzenia z innym, my i tak już wiemy, że umiesz mniej niż rok temu". Ale to i tak nie przebije on-site'u, na którym przez pięć godzin wałkowali mnie na posadę SRE po to, żeby później zadzwonić i powiedzieć "w sumie to twój profil lepiej pasuje do developera, zacznijmy cały proces od nowa".

Dzisiaj bez marynarki nie wysiadam z auta, pieprzę tylko studentki prawa, obcy ludzie pytają mnie, jak to robię, że jestem taki pewny siebie. Coś tam w życiu osiągnąłem, mam plany na to, co możnaby osiągnąć po trzydziestce. Tymczasem w Goolagu nosiłbym obcisły t-shirt i czapkę ze śmigiełkiem.

Odbiór społeczny

Gdy kiedyś dostałem zaproszenie z Amazonu, odpowiedziałem, że nie wybaczyłbym sobie, gdybym, pochwaliwszy się pracą, usłyszał "aaa, to po magazynie paczki wozisz?". Goolag ludzie widzą jak bandę przepłacanych dzieciaków. Rozmawiałem kiedyś z typową użytkowniczką internetu w Polsce, czegoś nie zrozumiała. "Sprawdź sobie w Google." - mówię. "Nie mam Google, tylko Safari."

Teraz Goolag znów jest na językach branży IT, bo dyskryminuje białych mężczyzn i jeden z nich się mu się postawił. To żałosne, żeby firma uważająca się za kaganek nowych technologii, która chce zbawiać ludzkość, zwalniała kogoś za wygłaszanie swoich poglądów w kulturalny i przemyślany sposób. Jakbym nawet tam pracował, to właśnie w tej chwili bym odszedł, bo nie po to studiowałem, żeby o mojej karierze decydowało jakieś lewactwo.

Za chwilę pojawi się jakaś nowa wyszukiwarka, która skorzysta z dobrodziejstw Text Miningu i NLP. Dostęp do jej wyników będzie trwał 5 sekund ze względu na obliczenia, a nie na ładowanie reklam i kapitał zacznie podążać za konkurencją. Gmail straci na rzecz dostawców poczty, którzy w spamfiltrach sprawdzają SPF, DKIM i hashcasha, a nie listę swoich partnerów. Do tego dołóżmy jakiś skandal z wbudowanym w Chrome AdBlockiem "chroniącym interesy firmy" i puff, kolejna po Microsofcie firemka odejdzie w niepamięć.